Tofifest 2009: Czasem słońce, czasem deszcz

30 czerwca 2009 | Piotr Guszkowski

7. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Tofifest

Toruń przywitał mnie zaskakująco – bo wbrew prognozom pogody – ciepło i słonecznie. Szybko jednak okazało się, że (jak to w dużym mieście) wysoka temperatura bywa uciążliwa. Ratunek odnalazłem w klimatyzowanym wnętrzu ciekawego architektonicznie budynku teatru Baj Pomorski, ale po odebraniu akredytacji trzeba było wyruszyć w świat. I wtedy zaczął padać kojący deszcz. Deszczowy Toruń nie traci na uroku, nie tracą go również filmy. A to dla nich tu przecież przyjechałem…

Swoją przygodę z Tofifest rozpocząłem od obejrzenia dwóch filmów walczących w międzynarodowym konkursie o nagrodę Złotego Anioła. Pierwszym seansem był intrygujący, szwajcarski „Home” – udany pełnometrażowy debiut Ursuli Meier opowiadający o rodzinie, której życie ulega całkowitej odmianie, gdy pod oknami ich domu zostaje otwarta ruchliwa autostrada.

Home

W poniedziałek obejrzałem także „Pożegnania” (Okuribito). Nagrodzona Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego produkcja Yojiro Takity zapowiadała się jako jedna ze zdecydowanie najciekawszych pozycji w repertuarze tegorocznego Tofifest (to jej pokazem zainaugurowano w piątek 7. edycję festiwalu). Melancholijna historia zdolnego wiolonczelisty, który po rozwiązaniu swojej orkiestry znajduje pracę w zakładzie pogrzebowym (choć odpowiadając na tajemnicze ogłoszenie w prasie, myślał, że trafi do agencji turystycznej), opowiada o tym, jak dzięki obcowaniu ze śmiercią można zrozumieć i pełniej zasmakować życia.

Nie obyło się bez problemów organizacyjnych: seans „Pożegnań” odbył się przy niemal pustej sali, ponieważ widzów zniechęcił brak polskich i kiepska synchronizacją angielskich napisów. Moim zdaniem – chociaż Takicie chwilami brak subtelności – warto było zostać.

pożegnania_2

Wtorkowy poranek upłynął mi natomiast w rytmie miłosnej masali… ze szwajcarskich Alp. Niecodzienne połączenie tradycji kina bollywoodzkiego z europejską mentalnością nie wypadło może nadzwyczajnie, ale i tak nie uważam czasu poświęconego na seans „Tandoori Love” za stracony. Wręcz przeciwnie: zabawne perypetie sympatycznego kucharza – Hindusa, który przyjeżdża do górskiego miasteczka z ekipą filmową z Bollywood – choć trącą banałem, ogląda się całkiem przyjemnie.

Póki co w Toruniu dopisuje zatem zarówno pogoda, jak i poziom filmów. Oby tak dalej. Kolejne wieści z Tofifest już wkrótce.

Tagi: , , , , ,

Dodaj odpowiedź