To nie jest historia miłosna. To historia o miłości. – zapowiada wszystkowiedzący narrator. W tym stwierdzeniu nie ma fałszu. Marcowi Webbowi udało się opowiedzieć typową love story w sposób jak najbardziej nietypowy. Oryginalność jego debiutu nie polega na odwróceniu znanego z komedii romantycznych schematu płci, lecz zastosowaniu błyskotliwej narracji, dla której ubarwienia sięgnął po zaskakujące rozwiązania formalne. “500 dni miłości” uwodzi widza z równą łatwością, z jaką piękna Summer oczarowuje prostolinijnego Toma.
Kim są Tom i Summer? Już tłumaczę. On, niespełniony architekt, wymyśla pocztówkowe slogany. To szczery chłopak, niepoprawny romantyk, miłośnik nostalgicznego pop-rocka. Ona, zmysłowa brunetka, nie wierzy w miłość. Ma w sobie trochę z neurotyczki, trochę ze spontanicznej kokietki. Pewnego dnia Summer pojawia się w ułożonym, chociaż nie do końca szczęśliwym życiu Toma. Zajmuje stanowisko po drugiej stronie sali, naprzeciwko jego biurka. Od razu wpada mu w oko, lecz minie sporo czasu, zanim odważy się do niej odezwać. Los sprzyja Tomowi. Przypadkowe spotkanie w windzie, dzięki któremu odkryją, że dzielą miłość do The Smiths. Ukradkowe spojrzenia. Uśmiechy. Namiętny pocałunek przy kserokopiarce. Słodki początek znajomości będzie miał jednak gorzki finał.
Przynajmniej dla Toma. Padł ofiarą mitu romantycznej miłości kreowanego przez zachodnią kulturę: to nadwrażliwy melancholik, wychowany na brytyjskich piosenkach o miłości, który nietrafnie interpretuje zakończenie “Absolwenta”. Niczym współczesny Werter, żyje iluzją. Ma przed oczami wyidealizowany obraz ukochanej dziewczyny. Tom jest zadurzony w jej urzekającym uśmiechu, dużych oczach, z zachwytem przygląda się, jak poprawia włosy.
Wyobrażenie chłopaka o relacji z Summer coraz bardziej odbiega od rzeczywistości. Nie słyszy, gdy dziewczyna mówi mu na początku, że nie chce zobowiązań. Dlatego porzucony, trochę niesprawiedliwie oskarży ją o tchórzostwo i nieuczciwość. Chociaż w jednym ma rację: ona zyskała na tym związku więcej niż on, zrozumiała, czym jest miłość. Tom, pogrążony w apatii po niespodziewanym rozstaniu, poświęca się obsesyjnemu rozgrzebywaniu przeszłości – analizie pięciuset niezapomnianych dni spędzonych z Summer. Przeżyje je jeszcze raz, próbując zrozumieć, dlaczego nic z ich związku nie wyszło. Gdzie popełnił błąd?
Reżyser buduje swój film z barwnych epizodów. Żongluje konwencjami, korzystając z nieograniczonego potencjału postmodernistycznej narracji. Fabuła przeskakuje o kilka dni do przodu, by zaraz, niespodziewanie cofnąć się do samego początku znajomości Toma i Summer czy zatrzymać na dłuższą chwilę gdzieś pośrodku. W karuzeli błyskotliwych scen Webb ukazuje stadia intymnej relacji, a zaburzenie chronologii dodatkowo oddaje chaos myśli piętrzących się w głowie bohatera. Parokrotnie otrzymujemy możliwość zestawienia rzeczywistości z jej błędną interpretacją. Radości z rozpaczą.
Obserwujemy rozmaite oblicza uczucia: pierwszy pocałunek, pierwsze zbliżenie, ale i pierwszą kłótnię. Czar w pewnym momencie pryska. Młodzi ludzie stopniowo oddalają się od siebie, a wreszcie – rozstają. Towarzyszymy im podczas romantycznej wyprawy do Ikei, w której rozgrywają bajkową zabawę, gdy flirtują, jedzą naleśniki, chodzą do kina czy w parku pełnym ludzi wykrzykują słowo penis. Wsłuchujemy się w intymne rozmowy, dialogi obfitujące w dowcipne żarty i językowe wieloznaczności. W pewnym momencie niezależna Summer uświadomi Tomowi, że od miesięcy ona jest w tym związku Sidem, a on – Nancy. Przejmuje inicjatywę, dominuje nad “kobiecym” partnerem. Odwrócenie schematu następuje trochę mechanicznie.
Subtelne akcenty romantycznych perypetii podkreśla znakomicie dobrana ścieżka dźwiękowa, złożona z klimatycznej mieszanki rockowych, anti-folkowych i alternatywnych brzmień (m.in. The Smiths, The Temper Trap, Black Lips, Simon & Garfunkel). Nie tylko oddają one nastrój ewoluującej relacji pomiędzy bohaterami, ale również stanowią istotny element narracji. Sposób opowiadania zaskakuje zresztą brawurową różnorodnością. W “500 dniach miłości” pojawiają się motywy z kumpelskiej komedii, sekwencje musicalowe (pogodna scena, w której Tom tańczy na ulicach Nowego Jorku), elementy animowanego komiksu czy fantasy (np. autobus pełen postaci Summer). Całość dopełniają eksperymenty z podziałem ekranu na kilka części, czarno-białe, bergmanowskie dramy, czytelne nawiązania do Woody’ego Allena i stylistyki wideoklipów.
Wśród formalnych harców ginie niestety psychologiczna głębia. Uroczy bohaterowie są estetycznym zlepkiem klisz, vintage’owych ciuchów, nośnikiem intensywnie zarysowanych cech charakteru, ale nie ludźmi z krwi i kości. Joseph Gordon-Levitt do spółki z Zooey Deschanel poradziliby sobie ze zdecydowanie większym aktorskim wyzwaniem. Tym bardziej, że postaci wydają się napisane specjalnie dla nich. Ekranowa chemia pomiędzy parą aktorów należy zresztą do najmocniejszych stron filmu.
Debiut Marca Webba, świetnie przyjęty na Sundance Film Festival, znajduje się gdzieś na pograniczu mainstreamu oraz kina niezależnego. Uczuciowa mozaika, ułożona z idealnie dopasowanych i zachwycających estetyką elementów, nie jest przy tym pusta. Pod atrakcyjnym opakowaniem kryje się ciepła historia, opowiedziana z wdziękiem i bez nadmiernej ckliwości.
Przewrotna zabawa konwencją komedii romantycznej, inteligentny humor, świeżość, lekkość, a przede wszystkim – ekspresyjnie budowana tęsknota za miłosną idyllą – to niezaprzeczalne atuty czarujących “500 dni miłości”. Webb pokusił się również o refleksję na temat zagubienia współczesnych dwudziestoparolatków w bliskich związkach. Unikają wyznań, zapewnień, klaryfikacji (Nie musimy niczego nazywać. – powtarza Summer), lecz tak naprawdę poszukują poczucia bezpieczeństwa, jakie dają właśnie słowa.
Tagi: (500) days of summer, 25. warszawski festiwal filmowy, 25. wff, 500 dni miłości, joseph gordon-levitt, marc webb, recenzja, warszawski festiwal filmowy, wff, zooey deschanel








