Pseudoturpizm rodzinnej patologii w służbie banałowi

23 marca 2010 | Piotr Guszkowski

Trzy siostrzyczki Trupki - Małgorzata Rożniatowska, Ewa Szykulska i Bogusława Schubert (fot. Hubert Komerski)

Intrygujący tytuł. Niepokojący plakat. I fabuła trzymana w ścisłej tajemnicy. Najnowsza premiera Teatru na Woli zapowiadała się obiecująco. Jednak “Trzy siostrzyczki Trupki” w reżyserii Macieja Kowalewskiego wypadają tak, jak otwierająca je scena, w której poruszająca się o kulach, emerytowana profesor uniwersytetu zamawia wczasy dla siebie, dwóch sióstr i upośledzonego syna jednej z nich. Rozmowa telefoniczna z pracownicą biura podróży, mimo udanego początku, dłuży się niemiłosiernie. Z minuty na minutę jest coraz gorzej: przaśny humor, dosadne słownictwo i epatowanie fizjologią starości niczemu nie służą. Ot, zabawa reżysera, któremu tylko wydaje się, że ma mnóstwo pomysłów na zainteresowanie publiczności.

Wolę brzydotę. Jest bliżej krwiobiegu. – pisał Stanisław Grochowiak. Reżyser “Trzech siostrzyczek Trupków” wyraźnie wziął sobie do serca te słowa. Na oczach widza Kowalewski nie tylko pierze brudy upiornych bab, ale z rozkoszą małego dziecka ukazuje obrzydliwość ich codziennej rutyny, zwraca uwagę na zwyczajne czynności, które urosły do rangi rytuału. Towarzyszą im obrazy opuchniętych nóg, zrogowaciałych pięt, brudu zza paznokci. Baudelairowska wulgarność, patologia i mroczna perwersja mają zbyt wiele z tabloidowego uwielbienia taniej sensacji. Zamiast dodać opowieści autentyzmu, demaskują nieudolność twórcy stojącego w rozkroku pomiędzy klaustrofobicznym dramatem psychologicznym a makabreską, odwołującą się do absurdalnego brytyjskiego poczucia humoru.

Trzy siostrzyczki Trupki - Rafał Mohr i Bogusława Schubert (fot. Hubert Komerski)

W zapuszczonym mieszkaniu, w jednym z typowych bloków z wielkiej płyty, ekscentryczna familia wiedzie swój jakże mroczny żywot. Siostrzyczki wychowują trzydziestopięcioletniego Robertka (przejmująco brzydki Rafał Mohr), który nie odzywa się ani słowem i wciąż leży na tapczanie. Wychowują to może nie najlepsze słowo. Stosowane przez nie metody tworzą bowiem modelowe środowisko schizofrenogenne: z udawaną nadopiekuńczością Sabinka, Lotka i Wandzia wykorzystują wymizerniałego chłopaka niczym niewolnika przy pracach domowych i zabiegach, powiedzmy, higieniczno-kosmetycznych, niebezpiecznie przekraczając granice intymności. W dodatku, poprzez kontrowersyjne formy terapii szokowej, próbują przebudzić go z milczącego otępienia.

To może się dziać za Twoją ścianą. – zdaje się przekonywać twórca “Trzech siostrzyczek Trupków”. Zgoda, lecz tak naprawdę… niezbyt to kogokolwiek obchodzi. Nie ze względu na społeczną znieczulicę (choć taka interpretacja byłoby reżyserowi na rękę), wytłumaczenie jest znacznie prostsze: ani Kowalewski, ani niestety aktorzy (najbliżej celu wydaje się być Małgorzata Rożniatowska) nie potrafią wytworzyć więzi pomiędzy bohaterami a widzem. Zainteresować go. Wzbudzić w nim emocji. Uderzyć w jego sumienie. Obojętność bierze się z irytującej, karykaturalnej sztuczności tragedii, jaka rozgrywa się na scenie.

Trzy siostrzyczki Trupki - Rafał Mohr i Małgorzata Rożniatowska (fot. Hubert Komerski)

Zakończenie “Trzech sióstr Trupków” można przewidzieć właściwie po pierwszym spojrzeniu na twarz stłamszonego Robertka (zresztą już sam tytuł sztuki jest wystarczająco wymowny). Kowalewski potrzebuje jednak ponad dwóch godzin na wytłumaczenie widzowi rodzinnych relacji i uzasadnienie krwawego finału. Ten czas wypełnia ciąg monologów złożonych z wzajemnych oskarżeń, wylewanych żali, przekleństw. Trupki narzekają na beznadziejny los, obwiniają się nawzajem o wszelkie problemy, a negatywne emocje wyładowują na bezbronnym chłopaku. Całości brakuje jednak szczerości, wartościowej obserwacji, a także pomysłu na konsekwentne zrealizowanie zamysłu twórcy. Zachowując pozory traumatycznej wiwisekcji, w “Trzech siostrzyczkach Trupkach” próbuje się sprzedać widzowi przegadane banały i bez przekonania ostrzec go przed brakiem interwencji – reakcji na ludzką tragedię.

Chwali się Maciejowi Kowalewskiemu, że w ogóle próbuje. Że (w pewnym sensie) wyciągnął Teatr na Woli z artystycznego niebytu. Niestety, będąc jednocześnie autorem sztuki, reżyserem oraz dyrektorem (a nie jest to przecież scena prywatna) traci niezbędny dystans, obiektywizm w ocenie własnego dzieła. “Trzy siostrzyczki Trupki” okazują się tego dobitnym przykładem. Albo jeszcze inaczej: w wystawionym z rozbuchanymi ambicjami spektaklu Kowalewskiego najbardziej podobała mi się… scenografia. To jedno zdanie powinno wystarczyć za recenzję. Dawno nie wychodziłem z teatru tak bardzo żałując straconego czasu.

Tagi: , , , , , , , , , ,

2 odpowiedzi do “Pseudoturpizm rodzinnej patologii w służbie banałowi”

  1. Blister mówi:

    Krytyka jest zdecydowanie przesadna. No cóż, zależy jakie kto ma poczucie humoru. Widocznie autor recenzji jest bardzo wrażliwy na wyśmiewanie ludzkich ułomności i wad, w odrobinę wulgarny sposób. Osobiście byłem zachwycony takim światem w krzywym zwierciadle.

  2. Pani mówi:

    Ja również jestem zachwycona sztuką i nie zgadzam się z żadnym z postawionych zarzutów.

Dodaj odpowiedź