Kolejne dni festiwalu Planete doc Review obfitowały w opowieści o różnorodnych stylach życia i decyzjach podejmowanych przez ludzi na całym świecie. Jaskrawo zarysowują się różnice pomiędzy możliwościami, jakie czekają na mieszkańców Wschodu i Zachodu. Nie chodzi o dostęp do udogodnień cywilizacyjnych, ale wolność jednostki do dokonywania wyborów wedle własnych potrzeb, a nie wymuszonych przez system polityczny. Oglądając niektóre dokumenty zachodnich reżyserów, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dyskurs postkolonialny jest wciąż aktualny: filmowiec z Wielkiej Brytanii czy Australii dokumentujący Indie lub Pakistan zawsze będzie tylko obserwatorem, a nigdy uczestnikiem. Niezależnie od tego, jak bardzo upodobniłby swój tryb życia do lokalnie obowiązującego.
Najwyraźniej zarysowuje się to w „Niewiernych z Taliwoodu” (The Miscreants of Taliwood) George’a Gittoesa. Australijski reżyser z pewną dozą nonszalancji przedstawia sytuację w Pakistanie w obliczu terroru talibów. Jego opowieść jest rzetelna, prezentuje sytuację z wielu stron – twórca udziela głosu zarówno specjalistce od gender studies, jaki i lokalnemu watażce. Jednak czuć w jego tonie irytujące przekonanie o własnej nieomylności w ocenie sytuacji, które sprawiło, że jako widz czułam manipulację w stylu dokumentów Michaela Moore’a.
Na północy Pakistanu niewielka grupa, jaką stanowią talibowie, wyznacza rytm i charakter życia pozostałych obywateli. Wyklucza kobiety z życia publicznego, ogranicza ich kontakt z mężczyznami spoza najbliższej rodziny, ale również atakuje sufitów – wyznawców mistycznego odłamu islamu. I zakazuje produkcji filmów komercyjnych, co Gittoes porównuje do sytuacji w nazistowskich Niemczech. Sztuka wyklęta, niezgodna z narzuconymi przez państwo zasadami, staje się owocem zakazanym przez władzę totalitarną.
Inną stronę sytuacji jednostki skonfrontowanej z władzą totalitarną pokazuje „Kobieta i pięć słoni” (Die Frau mit den 5 Elefanten). Swietłana Geier, dziś tłumaczka dzieł Dostojewskiego na język niemiecki, dorastała w Kijowie. Stała się bezsilnym świadkiem śmierci ojca, torturowanego w stalinowskim więzieniu. Podczas II wojny światowej zdecydowała się na współpracę translatorską z gestapo, co otworzyło jej drogę do stypendium naukowego w Berlinie. Jednak ci, który jej wówczas pomogli, zostali srogo ukarani. Obecnie Geier, ofiara a zarazem beneficjentka „totalitaryzmów”, spłaca swój dług wobec narodu, który ją przygarnął. Los obdarzył ją niezwykłym darem dostrzegania i analizowania tak tekstu literackiego, jak i struktury świata. Należy uczyć się od niej tego, jak żyć godnie. Jak niezależnie od okoliczności pozostać człowiekiem.
Ludzką stronę odchodzącego imperium prezentuje „Syberiada 34×45″ (Glubinka 34×45). W Rosji trwa akcja wymiany radzieckich paszportów, a do nowych potrzebne jest zdjęcie. Razem z Evgenijem Solomitem towarzyszymy miejscowemu fotografowi w wyprawach do kolejnych wsi i pegeerów na Syberii. Przy okazji poznajemy historie ludzi, który dorastali w ZSRR. Dla nich niewiele się zmieniło, ich życie wcale nie nabrało tempa wraz z demokratyzacją państwa.
Równie powolnie, choć w bardziej usystematyzowany sposób toczy się życie na rubieżach Rosji, wśród pograniczników czekających na zasłużoną emeryturę. Polski dokument „Koniec Rosji” w reżyserii Michała Marczaka śledzi losy rekruta Aleksieja. Chłopak trafia na praktyki do pograniczników pełniących służbę pośród srogich mrozów Syberii. Męska przyjaźń, początkowo chropawa, daje poczucie stabilności i uczy odpowiedzialności za innych w miejscu, gdzie jeden błąd może kosztować życie wszystkich.
Znaczenie przyjaźni, tym razem międzygatunkowej, pokazał reżyser „Starego druha” (Wonangsori) – opowieści o koreańskim staruszku, któremu w codziennej pracy na roli przez pół życia towarzyszył jeden muł. Wspólny wysiłek przez ostatnie czterdzieści lat pozwolił mężczyźnie na wykształcenie dziewięciorga dzieci.
Tymczasem Lixin Fan rozwija w „Ostatnim pociągu” (Last Train Home) temat poświęcenia rodziców, którzy chcą zdobyć wystarczającą ilość pieniędzy na edukację dzieci. To wierny obraz współczesnych Chin, gdzie miliony mieszkańców wędrują ze wsi do dużych miast w poszukiwaniu godziwych zarobków. Część z nich zostawia w domu swoje pociechy pod opieką dziadków, odwiedzając je jedynie z okazji nowego roku.
Systemem rządzącym dziś w Chinach jest tak naprawdę drapieżny kapitalizm, a nie oficjalnie obowiązujący komunizm. Długi dzień pracy, niskie wynagrodzenie i standard życia. Pracownicy zakładów produkujących na potrzeby wielkich koncernów nie są objęci żadnymi świadczeniami socjalnymi, nie mogą organizować się w związki zawodowe. Stąd ich sytuacja nie ma szans na polepszenie. Jedyną gwarancją godziwych zarobków jest uniwersyteckie wykształcenie, a ono kosztuje.
Z innymi kosztami borykają się mieszkańcy zachodniej cywilizacji, którzy pragną zostać rodzicami, ale z różnych względów nie są w stanie osiągnąć tego samodzielnie. Doron, bohater „Google Baby”, założył firmę, która wykorzystując zasadę outsourcingu, dostarcza dzieci jego klientom. By obniżyć koszty produkcji, dawczynie jajeczek są wybierane spośród mieszkanek Stanów Zjednoczonych (ze względu na kolor skóry), a matki zastępcze – Indii. I tak interes się kręci.
Dziecko staje się tu towarem, wytwarzanym na zamówienie. Korzystają na tym wszyscy – ekonomicznie wytwórcy, emocjonalnie nabywcy. Niepokojące jest jednak to, jak szybko dewaluuje się w ten sposób wartość ludzkiego życia. Firma Dorona musiała zreformować zasady swojego działania, by osiągnąć większą efektywność – zapłodniono dwie tzw. surogatki, a nadmiar rozwiniętych płodów miał zostać usunięty selektywną aborcją. Pozostaje tylko pytanie, jak bardzo ten wygodny styl życia, gdzie wszystko jest na sprzedaż, zbliża do dehumanizacji zaangażowane w niego jednostki.
Uczucia rodzicielskie z pewnością wykształcili bohaterowie „Pary do życia” (Miesten vuoro). Spędzanie wolnego czasu w typowo fińskim stylu – w saunie – jest okazją do intymnych zwierzeń. Powracającym wątkiem są opowieści ojców, którym odebrano możliwość widzenia się z własnymi dziećmi. Zwycięzca tegorocznego festiwalu, jak dla mnie, jest zbyt parny.
I na zakończenie akt filmowego ojcobójstwa – „David chce odlecieć” (David Wants To Fly). David Sievking, odczuwający duchowe pokrewieństwo z Davidem Lynchem, postanowił zgłębić tajemnicę swojego mistrza. Poszukiwania zaprowadziły go na konwent medytacji transcendentalnej, której wyznawcą i nieformalnym ambasadorem jest znany reżyser. „David chce odlecieć” to zapis kolejnych stopni wtajemniczenia młodego filmowca, który ze zdumieniem odkrywa kim był naprawdę przywódca ruchu – Maharishi Mahesh Yoga. Od czasów, gdy zawładnął umysłami Beatlesów czy Mii Farrow, wiele się zmieniło, oprócz jednego – wciąż pozostaje łasy na datki wpływające na jego konto. Zaskakujące, że przy tak rzeczowym stosunku do stanu swoich finansów, wciąż potrafił inspirować innych do transcendentalnego stylu życia.
Tym zamykam moją relację z siódmej edycji festiwalu Planete Doc Review. Jak zawsze, żałuję, że nie starczyło czasu na obejrzenie wszystkich filmów, na które miałam ochotę. Po cichu liczę jednak, że niedługo pojawią się one na DVD w ramach Magazynu Sztuki Dokumentu.
Tagi: 7. planete doc review, countryside 34x45, david chce odlecieć, david sievking, david wants to fly, die frau mit den 5 elefanten, evgenij solomit, george gittoes, glubinka 34x45, google baby, kobieta i pięć słoni, koniec rosji, last train home, lee chung-ryoul, lixin fan, michał marczak, miesten vuoro, niewierni z taliwoodu, ostatni pociąg, para do życia, planete doc review, stary druh, syberiada 34x45, the miscreants of taliwood, vadim jendreyko, wonangsori, zippi brand frank








