…et nihil humanum a me alienum esse puto?




Na blacie pojawia się filiżanka świeżo zaparzonej kawy. Po zamieszaniu pianka nabiera brunatnego koloru krwi. W niedalekiej przyszłości ów widok należy do codzienności. Tak jak ostrzeżenia przed wychodzeniem z domu w trakcie dnia oraz billboardy z Wujem Samem zachęcającym do… polowania na ludzi. W wyniku epidemii Ziemię opanowały wampiry. Następnie znaczna część niezainfekowanych dobrowolnie poddała się przemianie, pragnąc nieśmiertelności. Pozostałych sprowadzono do roli hodowanego w laboratoriach źródła pokarmu. Wkrótce populacja ludzka znajduje się na skraju wymarcia. Gdy prace nad substytutem krwi nie przynoszą oczekiwanych efektów, wampirom zaczyna dramatycznie brakować pożywienia. A z głodu rodzą się niepokój i agresja…
W wizji braci Michaela i Petera Spierigów intrygująca od wieków postać wampira została poddana demitologizacji. Bladolicym krwiopijcom brakuje romantycznego potencjału gotyckich powieści, a przede wszystkim – wyjątkowości. Utracili ją, paradoksalnie, eksterminując ludzką rasę. W ten sposób stali się głównymi mieszkańcami planety (czyli zupełnie zwyczajni). Poza odwróceniem rytmu dnia i nocy, życie wampirów niewiele różni się od egzystencji normalnego człowieka. Tworzą riesmanowski „samotny tłum”: szarą masę anonimowych mieszkańców przytłaczających metropolii. Wyzyskiwani przez korporacje, zmęczeni pracą, ogłupieni przez środki masowego przekazu. Snują się nocami po ponurych ulicach, zaś za dnia ukrywają przed zabójczym słońcem, pozostając w idealnych domach czy tłocząc się w labiryncie tuneli metra. Przypominają jedynie wraki legendarnych postaci, których świetność bezpowrotnie przeminęła. Kiedyś byli ludźmi, co czyni z „Daybreakers. Świt” dystopiczny obraz współczesności.
Nasuwająca się od razu interpretacja każe potraktować wampiryzm jako metaforę kapitalizmu. Spierigowie poddają krytyce dyktaturę pieniądza oraz dewaluację wartości moralnych we współczesnym świecie. Stoimy nad przepaścią – o krok od zupełnego chaosu, za którego zwiastun można uznać ekonomiczny kryzys. W „Daybreakers. Świt” za całe zło odpowiada bezwzględny koncern: bezmyślnie eksploatuje zasoby naturalne (w tym wypadku ludzką krew), ogranicza wolność jednostki, nie szanuje najwyższej wartości, jaką jest życie. Pesymistycznym rozmyślaniom nad mizerną kondycją człowieka brakuje może oryginalności, ale twórcy ubrali swoją futurystyczną koncepcję w wysmakowaną wizualnie formę. Cyfrowo podrasowane kadry ukazują mroczne przestrzenie miejskie, nowoczesne wnętrza apartamentów i laboratoriów. Widz chce się zagłębić w tę fascynującą rzeczywistość, pociągającą sugestywnym klimatem.
Niestety, stylowe zdjęcia nie mają wystarczającego wsparcia w scenariuszu. W pewnym momencie bracia Spierig w ogóle porzucają pomysłowo budowany świat. Na pierwszy plan wychodzi łopatologiczny horror akcji: dynamiczny montaż, strzelaniny, pościgi. Scenom tym towarzyszą głupiutkie dialogi, irytujące wywody twardziela granego przez Willema Dafoe (wyraźnie nawiązujące do Biblii), nachalne skróty fabularne, niepotrzebne montażowe triki oraz zabawy kamerą (przez które „Daybreakers. Świt” ulega przeestetyzowaniu). Szkoda, ponieważ reżyserzy wiedzą, jak skutecznie budować napięcie. W morzu makabrycznych scen, zbliżających się do stylistyki kampu, znajdą się więc prawdziwe perełki (np. ukazana w zwolnionym tempie sekwencja rzezi).
Bez dobrego scenariusza nie da się nakręcić dobrego filmu – twórcy powinni sobie powtarzać to banalne stwierdzenie w nieskończoność. Jeśli chodzi o „Daybreakers. Świt”, należy żałować nie tylko niewykorzystanego potencjału (ciekawy pomysł na polemikę z popkulturowym wizerunkiem wampirów), ale przede wszystkim – aktorów. Charyzmatyczny Ethan Hawke jako zagubiony wampir-hematolog, który okazuje się ostatnią nadzieją ludzkości, na wewnętrznych rozterkach swojego bohatera mógłby z powodzeniem zbudować pełnokrwistą postać. Spierigowie odebrali aktorowi tę możliwość. I nawet trudno powiedzieć, gdzie niemieccy reżyserzy popełnili błąd. Może za bardzo zawierzyli swojej wyobraźni?




