Tysiące mil kabli


Piotr Guszkowski

Gdy po wielu wspólnie spędzonych latach jedno z małżonków umiera, drugie próbuje pogodzić się ze stratą i odnaleźć w nowej sytuacji. Trudy samotnego życia odczuwane są również w prozaiczny sposób. Śmierć bliskiej osoby wiąże się bowiem z koniecznością przejęcia jej obowiązków. To nie problem, jeśli chodzi o wyrzucanie śmieci, robienie zakupów czy wyprowadzanie psa. Jednak żona Franka odpowiadała za coś znacznie ważniejszego – pielęgnowanie rodzinnych więzi. Wkrótce wdowiec dotkliwie się o tym przekona: żadne z czworga dzieci nie przyjedzie na zorganizowane przez niego spotkanie. W tej sytuacji bohater „Wszyscy mają się dobrze” postanowi bez zapowiedzi odwiedzić każde z osobna.

Czy śmierć żony nieoczekiwanie okaże się dla Franka szansą na odbudowanie bliskiej relacji z dorosłymi już dziećmi? Zanim poznamy odpowiedź na to pytanie, podróż do Nowego Jorku, Chicago, Denver i Las Vegas przyniesie mężczyźnie szereg gorzkich niespodzianek. Frank odkryje, że rzeczywistość znacznie odbiega od „oficjalnej wersji”, którą stworzyła, a potem skutecznie podtrzymywała jego ukochana żona, czyli wizji szczęścia, spełnienia oraz sukcesów Amy, Rosie, Roberta i Davida. Trudno ocenić, co nią kierowało. Chciała oszczędzić mężowi rozczarowań, czy może uchronić dzieci przed konfrontacją z oczekiwaniami wymagającego i kontrolującego ojca? W każdym razie bohater, przekonująco zagrany przez Roberta De Niro, wkrótce odkrywa, że jednak nie wszyscy mają się dobrze. Dzieci, wyraźnie zaskoczone wizytą ojca, zbywają go półsłówkami i okłamują. Nie chcą, nie umieją albo po prostu nie wiedzą, jak rozmawiać z Frankiem. Po trosze dlatego, że ukrywają tajemnicę o losie najmłodszego brata. Lecz problem okaże się zakorzeniony znacznie głębiej.

Żeby zrozumieć sytuację rodziny Goode’ów, należałoby się cofnąć o jakieś dwadzieścia kilka lat: przyjrzeć błędom wychowawczym i chorobliwym ambicjom, jakie Frank miał w stosunku do dzieci (których nie potrafił bezwarunkowo zaakceptować). Surowy perfekcjonista żyje w przekonaniu, że poświęcił się rodzinie. Ciężko pracował w fabryce produkującej warstwę izolacyjną do kabli. Poprzez inwestowanie każdego centa w edukację, chciał zapewnić swoim pociechom odpowiedni start. Planując im przyszłość, przegapił jak dorastały, zaniedbał sferę emocjonalną. Dziś jest dla dzieci prawie obcym człowiekiem. Bolesnym wspomnieniem – co sugeruje reżyser próbujący dokonać rodzinnej wiwisekcji. Kirk Jones zachowuje się przy tym jak pełen dobrych chęci, ale jeszcze nieporadny i niedoświadczony terapeuta. Za wszelką cenę dąży do obnażenia iluzji. A to zaledwie pierwszy krok na drodze do pojednania. Tymczasowe rozwiązanie, które nic nie zmieni, jeśli bohaterowie dalej będą unikać oczyszczającej konfrontacji. Chodzi przede wszystkim o zadanie sobie zasadniczego pytania: dlaczego rodzeństwo przez lata ukrywało przed ojcem prawdę o swoim życiu? Bo to, że ukrywało, już wiemy.

Film „Wszyscy mają się dobrze” wpisuje się w kanony rozrachunkowego kina drogi spod znaku „Schmidta” czy „Broken Flowers”. Niestety zaprzepaszczono tu ogromny potencjał spotkań głównego bohatera z dziećmi, a co za tym idzie – spotkania dwóch aktorskich pokoleń. Wizyty trwają krótko, a hollywoodzkie gwiazdy (Sam Rockwell, Drew Barrymore, Kate Beckinsale) nie mają pola do popisu. Na szczęście niejednoznaczna postać osamotnionego mężczyzny ponoszącego konsekwencje swych błędów wydaje się wręcz stworzona dla De Niro. Znakomity aktor skutecznie wykorzystuje to, że scenariusz skupia się przede wszystkim na osobie Franka oraz jego kilkudniowej podróży przez Stany Zjednoczone. Pociągiem, autobusem, tirem. Za oknem, wzdłuż torów i szos, ciągną się kilometry kabli telefonicznych. Stanowią bardzo czytelny przekaz, podkreślając niedocenianą wartość komunikacji między ludźmi. W tej skromnej, słodko-gorzkiej opowieści, zainspirowanej dramatem Giuseppe Tornatore z 1990 roku, poruszonych zostaje zresztą wiele interesujących kwestii: refleksja nad ograniczeniami, jakie przynosi starość, zagubieniem w niezrozumiałym świecie, koniecznością zmiany ról (w pewnym momencie dzieci powinny zaopiekować się rodzicami), a wreszcie funkcją społeczną matki jako pomostu między członkami rodziny. Może nawet zbyt wiele. Mnogość wątków i problemów przekłada się na ich spłycenie. Nie wspominając już o zupełnie niepotrzebnych wstawkach pseudoreminiscencyjnych (w krótkich wizjach Frank spotyka młode „wersje” swoich dzieci).

Twórca scenariusza wybiera drogę na skróty, dlatego finał „Wszyscy mają się dobrze” rozczarowuje. Wystarczy gest pokorniejącego ojca, który wciąż nie rozumie, że wyrządził dzieciom krzywdę, aby wybaczyły mu skrywaną przez lata urazę. Na stole pojawia się indyk, a wszelkie problemy znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki. W salonie unosi się zapach smakowitego mięsa, lecz przede wszystkim ciepła atmosfera rodzinnego spotkania: uprzejmości, uśmiechy i gwar rozmów. Takie krzepiące rozwiązania możliwe są tylko za oceanem. Jednak w naiwne zakończenie tego całkiem udanego filmu z trudem uwierzą nawet lubujący się w familijnym sentymentalizmie Amerykanie.

2010-01-22
Wszyscy mają się dobrze
tytuł orginalny: Everybody's Fine

reż. Kirk Jones (III)

scen. Kirk Jones (III)

kraj: USA, Włochy (2009)

obsada: Robert De Niro, Drew Barrymore (I), Kate Beckinsale, Sam Rockwell, Lucian Maisel, James Frain, Damian Young, Melissa Leo, Katherine Moennig

data premiery:
2009-11-03 (świat)
2010-01-08 (Polska)

Strona głównaRecenzjeWywiadyBlogKonkursyRedakcja

Copyright © 2007 - 2009 by MonkeyStudio.pl