Ku pokrzepieniu serc


Aleksandra Janiszewska

Film o Nelsonie Mandeli pojawia się na polskich ekranach w momencie, gdy na dobre rozgorzała publiczna debata nad książką Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim. Lektura obu utworów prowokuje do refleksji nad wymogiem dosłownego opisywania wydarzeń historycznych. Co jest ważniejsze – chronologia „jeden do jednego, jak w raporcie policyjnym”, jak to określił Andrzej Stasiuk, czy ułożenie faktów w atrakcyjną opowieść? Obraz Clinta Eastwooda to głos za fabularyzacją wydarzeń dokonaną w imię „słusznej sprawy”.

„Invictus” opowiada o pierwszym czarnoskórym prezydencie RPA z perspektywy przygotowań do Mistrzostw Świata w rugby organizowanych w Johannesburgu w 1995 roku. Mandela niespodziewanie udzielił wsparcia rodzimej reprezentacji, nawiązując współpracę z jej kapitanem Francois Pienaarem. Okazało się to o tyle kontrowersyjne, że drużyna „Gazel” była nie tylko jednym z najgorzej rokujących zawodników tych mistrzostw, ale stanowiła także znienawidzony symbol dotychczasowej dominacji Afrykanerów.

Taka postawa Nelsona Mandeli wzbudzała mieszane uczucia wśród jego rodaków. Jednak w filmie, opartym na powieści Johna Carlina, te reakcje zostały wyciszone. Morgan Freeman w roli charyzmatycznego przywódcy tworzy wizerunek symbolu – mędrca, ojca narodu z uwagą wsłuchującego się w głosy poszczególnych osób. Aktorowi udało się odtworzyć niewinny uśmiech Mandeli wraz ze skrytą za nim wewnętrzną siłą. Tą samą, która pozwoliła przyszłemu prezydentowi wytrwać dwadzieścia siedem lat w więzieniu i po uwolnieniu nie wziąć odwetu na przegranych przeciwnikach. Przemilczano jednak niektóre fakty z przeszłości laureata pokojowej Nagrody Nobla (nie zawsze tak pacyfistycznej jak ekranowa rzeczywistość) czy przyjaźń z Fidelem Castro oraz Muammarem al-Kaddafim. Jedyny cień, na jaki pozwolili sobie twórcy, kładzie się na jego relacjach z żoną i córką, i związany jest z długoletnim odizolowaniem od rodziny.

Duet Morgan Freeman i Clint Eastwood tworzy epickie kino w starym, dobrym stylu. Narracja rozwija się niespiesznie, bez zaskakujących zwrotów akcji, skupiając się na pokazywaniu postaci. Najważniejsze jest budowanie relacji między bohaterami, ich uczenie się wzajemnego zaufania. Niepostrzeżenie, w tych z założenia patetycznych scenach, przemycone zostają elementy humorystyczne, jak w rywalizacji między czarnoskórą ochroną prezydenta i ich białymi współpracownikami. Nie przesłania to jednak realiów historycznych. Widz cały czas ma świadomość, że wystarczy jeden nierozważny krok, a kraj opanuje brutalna wojna domowa.

„Invictus” należy do kategorii filmów „w sam raz na niedzielne popołudnie”. Wzrusza i inspiruje niezależnie od tego, jak wiernie odtwarza fakty z historii RPA. To pokrzepiająca przypowieść, podobna do historii walki Dawida z Goliatem, w której intelekt wygrywa nad bezmyślną agresją. Niepozorny, czarnoskóry więzień polityczny pokonał apartheid głównie za sprawą swoich zalet intelektualnych. Jego filmowe postępowanie ma uczyć, że wiara potrafi zdziałać cuda, zwłaszcza gdy także inni wierzą w nasze powodzenie. A polityka, tak jak rugby, jest sportem zespołowym.

2010-03-11
Invictus
tytuł orginalny: Invictus

reż. Clint Eastwood

scen. Anthony Peckham

kraj: USA (2009)

obsada: Morgan Freeman (I), Matt Damon, Tony Kgoroge, Patrick Mofokeng, Matt Stern, Julian Lewis Jones, Adjoa Andoh, Marguerite Wheatley

data premiery:
2009-12-03 (świat)
2010-04-16 (Polska)

Strona głównaRecenzjeWywiadyBlogKonkursyRedakcja

Copyright © 2007 - 2009 by MonkeyStudio.pl